Jaxon Varis Pro 1,97m – część II

Jaxon Varis Pro na jeziorze – gawędy wakacyjne

Opowiadanie pierwsze – pasiasty przyłów

O walorach technicznych wędziska napisałem sporo przy okazji łowów rzecznych, dlatego w drugiej części naszego testu, proponuję Państwu dwie przygody znad wody. Pierwsza miała miejsce pod koniec maja, druga w połowie lipca. Amatorów wędkarskich opowieści zapraszam do czytania a maniaków sprzętu do spojrzenia na wędkarstwo z perspektywy biwaku 🙂
Około 15 maja, zapakowałem z kol. Krzychem auto pod dach. Na relingi wrzuciliśmy malusią, wiosłową łódeczkę, na twarz banany i ruszyliśmy nad Solinę w okolice Chrewtu. Krzysiek, miłośnik nocnych zasiadek i białorybu, mocno nakręcony na polowanie w „dziczu”, przez bite dwie godziny opowiadał o wszystkich obejrzanych zimą filmikach, podpatrzonych patentach, przynętach i smakach. Żeby uwiarygodnić swoje odkrycia, co rusz podsuwał mi pod nos cudowne „karpiowe” smrody… Podróż pośród aromatów halibuta, krylu, krewetek, prażonych konopi, tropikalnych owoców minęła szybko.

Chrewt wiosną

Chrewt wiosną

 

Przed nocą, wyładowana ponad burty łajba raz po raz siorbała fale. Sprawnie dotarliśmy na miejscówkę, rozbiliśmy obóz 
i uskrzydleni wiosną ochoczo złapaliśmy za kije. Podczas, gdy ja zarzucałem lekkie poppery w oczka moczarki, Krzychu dopiero montował 4 LBSowe pały, przesiewał zanęty, porcjował robale, łączył atraktory, wiązał ledcory… Ech, kocham spinning – pudełko plastiku i naprzód!
Za tą refleksją przychodzi kolejna – zgrany team. Może się to wydawać dziwne, jednak korbiarz i gruntowiec to nie mezalians, przeciwnie, sukces kolaboracji! Podczas, gdy jeden okupuje brzeg, strzeże ogniska i dobytku, drugi poluje.
Kiedy pierwszy odsypia zarwaną nockę, drugi czuwa w południowy żar.
Do ciemności zostało dwie godziny. Łowimy. Mamy w nosie złowieszcze prognozy o nadchodzącym z północy froncie niżowym. Na pasiastego powierzchniowca udaje mi się zahaczyć dwa krótkie szczupaczki. Być może większy wobler skusiłby coś bardziej okazałego ale paraboliczna akcja Varis Pro nie pozwala energicznie rozchlapywać wody otwartą paszczą dużego poppera. Pogoda idealna – pod chmurą, ciepło, coś wisi w powietrzu. Esoxy powinny tańczyć na ogonach, tymczasem niewiele się dzieje. Podobnie mają okoliczni wędkarze; brak kontaktu z wymiarową rybą. Swingery na brzegu też milczą. „Nic się nie dzieje, siedzimy”, jak w polskim filmie.
Po ciemku dopływam do bazy. Krzychu zdążył ogarnąć obóz; 
nad ogniem skwierczą grube plastry boczku, herbatka dymi, szkło studzi się w źródełku. Pochylamy się nad kolacją i analizujemy najnowszą prognozę. Wykresy meteo nie wyglądają zachęcająco – ciśnienie spada, „idzie” wiatr, będzie deszcz.
Na pocieszenie delektujemy się miętową żołądkową. Jakoś to będzie.
Nie zrywamy się skoro świt. Po paskudnej nocy, ranek wita nas listopadową słotą. Pada i duje do 11.00. Potem trochę się przejaśnia, więc ponawiamy wędkarskie próby. Krzychu kombinuje z zapachami, ja wsiadam do łódki i macham na środek
rozlewiska. Głębokość sięga czwartego metra. Namierzam koryto potoku Czarnego, który  przy niskim stanie wody orze w osadach mułu metrowy rów. Może tu schowały się normalne szczupaki? Na agrafce wieszam leniwego Mannsa dociążonego 5. gramową główką. Od czasu do czasu podrywam gumę do góry, pozwalam jej opaść, po czym ściągam nieśpiesznie do łódki. Po kilku kotwiczeniach i kilkudziesięciu rzutach, zmieniam wabia na kopyto Relaksa i 8 gramów ołowiu. Oprócz dwóch sandaczowych pstryknięć nie doczekuję się holu. Miałem dwie szanse na chwilę emocji, jednak nie udało mi się zaciąć. Próbuję szczęścia głębiej. Dziś chyba żaden zębaty koleś nie ma apetytu. Pogoda jak w Bollywood – „Czasem słońce, czasem deszcz”.

Czasem słońce, czasem deszcz

Czasem słońce, czasem deszcz

 

Spływam na 10 metrów i zmieniam główkę na 12g. Dla Varis Pro to obciążenie graniczne. Oprócz gramatury główki trzeba wziąć pod uwagę masę silikonu. Razem to jakieś 18 gramów czyli tyle, ile przewidział Jaxon. Nie polecam przekraczania ccw wędki, ponieważ zaczyna brakować jej dynamiki, zaś energiczne prowadzenie ciężkiego zestawu nie udaje się. Spinning najlepiej współpracuje z gumami na 5-10 gramowych łebkach. Stosowanie takich gramatur zapewnia pełną kontrolę przynęty oraz frajdę z łowienia.
Po fiasku jigowania odwiedzam jeszcze strefę brzegową. Zakładam ulubionego łamańca 11 cm i czeszę wodę w pobliżu moczarki. Może tu ukryły się chudzielce? I nagle łup! Siedzi. Jeden krótki sandacz, drugi krótki sandacz… Zmieniam lokalizację. Do stalki doczepiam sprawdzonego w bojach Ulara 17g. Ponawiam perfekcyjne rzuty wzdłuż pasa podwodnej zieleniny. Po kilku próbach doczekuję się porcji emocji – wreszcie jakiś godny zawodnik robi młyn w moczarce. Wędzisko z nonszalancją i gracją jednocześnie, pozwala mu się wyszaleć. Po krótkiej walce łowię trzeciego sandacza (55 cm), który spływa mleczem. Jest maj, to nie pora na wampiry. Fotka na pożegnanie i spadam.

Niechciany przyłów

Zamiast szczupaka – sandacz

Pasiasty przyłów

Pasiasty przyłów

 

 

Opowieść druga – Varis Pro pogromca olbrzymów

Czerwiec, jako inauguracja sezonu sandaczowego, nie był udany. Dwa razy nie wstrzeliłem się w pogodę  – wiało, lało i bujało, a dwa razy efekty spinningowania były „niemiarowe”. Kolega Lucek, który w gronie przyjaciół jest spinningowym liderem, oraz animatorem większości eskapad mawia jednak, że „ten łowi, kto łowi”. Jakkolwiek myśl ta brzmi trywialnie, dyskusji się nie poddaje – siedząc w domu, ryby nie przechytrzymy. Trzeba jeździć, próbować, kombinować. Sukcesy nie przychodzą łatwo. Na ogół, o powodzeniu decyduje konsekwentna praca poparta myśleniem i strategią, natomiast wędkarskie szczęście przychodzi niespodziewanie. Dlatego w drugim opowiadaniu, nieco przewrotnie, będzie o wędkarskim farcie.
Początek wakacjii spędziłem na uganianiu się za pstrągami. Być może wszystkie lipcowe weekendy poświęciłbym gryzoniom w czerwone kropki, jednak pewnego dnia zadzwonił Krzychu, niezawodny kompan wypraw weekendowych i pyta:
– Na Solinę?
– Jak nie? Jak tak!
– A zabierzemy Pitera, tego speca od feedera na stawach?
– Weźmie wpisowe to miejsce się znajdzie!
We trzech uradziliśmy, że optymalnym rejonem będą okolice Olchowca. Łatwo tam dojechać i wodować łódkę. Niestety, wysoki poziom wody i wakacyjny wysyp turystów uniemożliwiły znalezienie wolnego kawałka brzegu na czubku cypla. Przezornie, oprócz łódki zabraliśmy ponton, który posłużył za barkę. Popłynęliśmy w stronę Rajskiej Doliny. Tego wieczoru już nie połowiłem.

Solińska nocka

Solińska nocka

 

Nim niebo zaczęła przecierać jutrznia, moich karpiarzy wyrwały z namiotu jazgotliwe dźwięki sygnalizatorów. W świetle czołówek zameldował się na brzegu dublet złotobrązowych leszczy. Ładne, blisko
60. centymetrowe ryby otarły z naszych powiek sen. Wciągnąłem kawę i popłynąłem w mgłę.
Próbowałem pod skalnym urwiskiem, koło zatopionych konarów, na blacie. Nic. Podczas, gdy na brzegu, co chwilę, dało się słyszeć poruszenie spowodowane radosnym „pi, pi, piii”, „na wodzie” panował spokój…
Z nastaniem dnia, kiedy chmury ustąpiły miejsca błękitowi, gładź mokrego lustra ożyła. Na przemian obserwowałem spektakularne ataki boleni oraz dyskretniejsze żerowanie okoni. Sandacze miały moje adoracje „gdzieś”. Założyłem więc smukłego Tendera T-7 Sinking B (Dorado), po czym – „ile fabryka dała” – posłałem go w rewir szalejącego bolka. Po furii żerowania można było przypuszczać, że ma lekko 7 dych… Idiota zaatakował natychmiast! Jakie było moje zdziwienie, gdy do burty, bez walki przyciągnąłem ledwie 40. centymetrową rapę… Taka ryba, dla Jaxona to pestka. Byłoby miło powalczyć z czymś konkretniejszym. Ale, ok. Honor uratowany. Zmieniłem więc wobler na Aglię long nr 3. Może okoń się skusi? Wyskakujące blisko brzegu uklejki, to czytelny adres dla obrotówki.
Wykonałem więc kilkanaście rzutów dedykowanych garbusom, ale ataku się nie doczekałem. Zastąpiłem więc „trójkę” malusią „zerówką”, by już po chwili znów poczuć rozczarowanie. Nie to, żeby nie brało. W pół godziny złowiłem „wilków kilku”. Tylko, co to za wilki? Szczenięta a nie drapieżniki… Parafrazując Danutę Rinn, zanuciłem pod nosem: -„Gdzie ci drapieżcy, prawdziwi tacy?” Oj, chyba czas na „bułkę z szynkiem”… Wróciłem do obozu, gdzie przywitały mnie uśmiechnięte gęby grunciarzy.
– I jak? – się pytają.
– No, ładna pogoda. Oznajmiam i marudzę, że zandery mnie nie kochają, że nie wiem o co lotto.
– My mamy po 4 łopaty.
– Do odwalania śniegu? Żartuję sobie.
– Nie, do węgla. Uśmiechnął się Krzysiek.
– Ten się śmieje, ko się śmieje ostatni. Pomyślałem.

Złocisty leszcz

Złocisty leszcz

 

W ciągu dnia chłopaki suszyli się w słońcu, łapiąc jedynie witaminę D3. Białoryb wylogował się z pola nęcenia, ja natomiast mogłem się wyspać. Po południu pociemniało, poderwał się wiatr. Zrobiło się tak szczupaczo, tak mięsożernie! Wypłynąłem natychmiast, ale brały tylko karpie – wiadomo komu. Dziobate nie żarły. Jak wiele razy w tym sezonie, nawiązywałem kontakty z sandaczami, jednak – co zacięcie, to pudło. Prawdopodobnie wędkarz obdarzony lepszym refleksem przekułby mój niefart w sukces. Wniosek jaki mi się nasuwa, jest taki, że jako flegmatyk, do skutecznego łowienia sandałów, muszę używać szybszego, sztywniejszego kija.

Romantyczny wieczór

Romantyczny wieczór

 

Wiatr ucichł, dzień wolno gasł pod karmazynowym niebem a moja nadzieja malała pośród zwątpienia, jak łódka w mroku. Beznamiętnie powtarzałem rytuał „opadu”: zarzut, dno, poderwanie, dno, poderwanie, dno… Dno naciągnęło plecionkę, przygięło szczytówkę. – Tnij! Matko, jest! Siedzi coś! Łup, łup, jest! Wreszcie, coś przywaliło w tę durną gumę! Łup, łup – Jaxon w łuk po sam dolnik – wąsy, wąsy! O! Matko! Sumamam! No, to pięknie! Chłopaki pękną z zazdrości – jeśli go złowię… Z sekundy na sekundę opada mi entuzjazm. To nie poranny bolonek ani „pipi” okonek… ten kolo nie sprzeda tanio skóry. …on, cholera, odpływa sobie… Kotwica!  Ufff, hamulec zadziałał. Masz, Panie samodzielne łowienie. Jak lubisz, tak masz. I kto ci teraz pomoże? Męcz się, męcz.
A podbierak jest? Jest, pstrągowy… Kotwica! Ciągnij kotwicę. Trzeba se było rolkę z blokadą zamontować, za stówkę trzeba było, nie za piątaka. Kotwica w górze. Trzymać suma między nogami –bezcenne. Łup, łup. Plecionka 0,10 to nie na sumy… ale idzie. Faluje tym swoim ogoniskiem na wstecznym, ale daje się pompować. …nie tak łatwo! Jeszcze raz. Chodź do tatusia. Grzeczny sumek. Wcale nie taki olbrzym. Chodź przedstawię cię karpiarzom 🙂 Ciemno, prawie noc.

Metrowy sumek

Metrowy sumek

Varis Pro zdał egzamin na piątkę. Okazało się, że hak ledwie drasnął metrowego wąsa. Gdybym używał toporniejszej wędki i mocniejszej linki, ryba spadłaby na pewno. Sam hol, choć chaotyczny, był bardzo emocjonujący. Delikatna wędka, doskonale amortyzując ucieczki ryby, pokazała pazur. Kij wygięty na pozór ekstremalnie – zachował jeszcze zapas mocy! Nie mam wątpliwości, że większy okaz również byłby bez szans.

Podsumowując, zacznę od oczywistości:
Varis Pro 1,97 ccw 4-18, wędka z pełnego węgla, nie jest superczułą, okoniową wklejaneczką, ani twardym, sandaczowym prętem. Nie możemy więc wymagać od tego kija pierwszeństwa we wszystkich spinningowych dyscyplinach. Ma jednak rozliczne zalety, które czynią zeń broń niezwykle uniwersalną. Opisywane wędzisko Jaxona bardzo dobrze współpracuje z wabikami o wyraźnej pracy. Varis został stworzony do prowadzenia małych i średnich woblerów, obrotówek oraz wahadłówek. Jest wyjątkowo przydatny podczas łowienia z łódki, kiedy szukamy ryb w strefie brzegowej. Równie przyjemnie penetruje wodę (do 10m) przynętami gumowymi. Ponad to, krótki Varis nadaje się idealnie na pstrągi  oraz ryby typowo „sportowe”, jak klenie, brzany i bolenie. Jego największą zaletą jest skuteczność – zacięte ryby prawie nigdy nie spinają się. Poza tym, spinning Jaxona fajnie leży w ręce i posłusznie wykonuje polecenia wędkarza. Łowienie tą wędką to czysta przyjemność, szczególnie, kiedy możemy brodzić po środku rzeki.
Co jeszcze? Przyciąga grube ryby! Polecam!
Marcin Pawiński
A wy, co sądzicie o Varis Pro 1,97m Jaxona?

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.